Kobiety o sobie i swoim życiu


Matki i córki – opowiada Wiesława

Odkąd sięgnę pamięcią, zawsze byłam uważana za dziewczynkę : słabowitą, chorowitą, niezdolną do żadnych wyczynów (rower, wrotki, łyżwy itp.), nie mogącą się brudzić, wchodzić na drzewo..etc., etc.

Nieważne, co ja myślałam o sobie, moja Mama tak uważała i tak mnie...hodowała. Nie mam o to pretensji, był to Jej sposób kochania. Taka cieplarniana atmosfera odbijała się ujemnie na moim zdrowiu, ciągle na coś byłam chora, co tylko utwierdzało Mamę o słuszności Jej metod. Koło się zamykało.

Mając 32 lata, spakowałam kilka książek, płytę Bułata Okudżawy, ciepły sweter i – wziąwszy siedmioletniego synka za rękę – zamknęłam mieszkanie na klucz. Wyjechałam z Polski.

Dołączyłam do męża, który był od kilku miesięcy w obozie pod Wiedniem. Nie myślalam o tym, czy poradzę sobie z trudami życia emigracyjnego; nie miałam pojęcia, jakie ono jest, bo skąd miałam to wiedzieć? I dobrze! Gdybym wiedziała, choć w przybliżeniu, co będę musiała przeżyć, pewnie wciąż czekałabym na trzęsienie ziemi, aby poruszyło mnie do działania. Życie w obozie jest jednym wielkim Czekaniem. Na decyzję o przyjęciu do obozu. Na zaakceptowanie życiorysu zmyślonego lub prawdziwego. Na wezwanie do ambasady. Na wyjazd. Uczyłam się żyć w tej mikroskopijnej społeczności, słuchać, rozmawiać, pomagać...

Po miesiącu, od przyjazdu, zaszłam w ciążę. Nie był to najlepszy sposób na resztę emigracji, oboje z mężem byliśmy – hm...zaskoczeni? Przerażeni? Chyba wszystkie uczucia nami miotały. Wiedziałam jedno – urodzę to dziecko! Kiedy nachodziły mnie wątpliwości, myślałam o tych dzielnych kobietach – Polkach, które rodziły w różnych, tragicznych najczęściej, dziejach Kraju. Czułam się mocniejsza. Miałam doskonałą opiekę lekarską i nie uważałam za konieczne informowania rodziny i przyjaciół w Polsce o swoim stanie.

Victoria urodziła się śliczna i zdrowa. Kiedy zakonica – pielęgniarka położyła ciepłe i ufne ciałko na moim brzuchu, poczułam cudowną Ciszę, taką, która wypełnia Kosmos. Kolejne dwa lata były wyczekiwaniem na wyjazd do Australii; ponieważ w Polsce nastąpił przewrót, straciliśmy status uchodźców, więc i oczekiwanie się wydłużyło. Najgorsza była niepewność, wyjedziemy czy nie...uznają nasze warunki (zawód, jeszcze w miarę młody wiek, znajomość języka)...jak długo jeszcze...

Miałam cel, którym była moja malutka córeczka. Syn podrósł na tyle, że w wielu przypadkach sam potrafił zadbać o siebie, ale ona wciąż wymagała mojej opieki i uwagi. Kiedy siedziałam na ławce, w parku, patrzyłam na nią, śpiącą spokojnie w wózku i lekko pochrapującą – myślałam, jaka będzie kiedy urośnie, kogo pokocha, co stworzy... Te myśli trzymały mnie przy życiu, pomagały zapomnieć o problemach, z którymi borykaliśmy sie na co dzień. Zastanawiałam się, która z nas, Victoria czy ja, jesteśmy sobie bardziej potrzebne. Ona – wymagajacą opieki we wszystkim? Czy ja czująca, że potrzebuję siłę, aby czuwać nad nią? Często, kiedy po posiłku przytulałam ją do ramienia, wchłaniałam jej ciepło, zapach, ufność niemowlaka.

Obecnie Victoria ma 14 lat. Jest wysoka, wiotka, mądra i bardzo kochana. Bardzo ładnie rysuje, ma świetne wyczucie kolorystyczne, marzy, aby w przyszłości rysowac animacje do filmu.

We wrześniu będziemy na wakacjach w Polsce. Po raz pierwszy od wyjazdu. Lękam się moich wzruszeń, łez...powrotu.

Wierzę jednak, że Victoria swoją obecnością pomoże mi przejść przez tą huśtawkę emocjonalną...przecież muszę i chcę być silna dla niej, pragnę pozkazać jej te miejsca, które są bliskie mojemu sercu i pamięci...może też je pokocha?

Wiesława Mataczyńska