ERG 2 RYTUAŁŚniłam w nocy, że przykładam ucho do brzucha Ani i słyszę w jej świecie głos. Nie tylko słyszałam, widziałam też miękkość promieni ścielących się w łożysku. Świat brzucha Ani przepełniało życie, które gromadzone cząstka po cząstce, rosło wbrew sobie. Mały mózg, bo wszystko tam jest małe, składał się z jedności walczył z chaosem. Sam. Musiał uruchomić skomplikowaną maszynerię człowieka by jak najszybciej się bronić. Czuł zagrożenie. A może przeraziła go przepływająca ławica plemników? Obudziłam się. Czerwone cyfry zegarka wpadły do mojego oka, przestawiając wskazówki źrenic na okolice północy. Noc, smukłymi palcami, zanurzyła moją głowę w spowolnieniu. Usiłowałam złapać cieniutką nitkę obrazu ze wspomnieniem Ani. Cokolwiek. I wtedy pojawił się cmentarz.
Położony był na wzgórzu wsi. Ona sama odznaczała się niezwykłą malowniczością brązowo-złocistych pagórków i pasącego się na nich poczciwego bydła. Ich kolory przenikały się, zdradzając kunszt ręki największego malarza. Chałupy przy drodze były bardzo stare. Nie było też ich zbyt wiele. Na ganku stały puste słoiki i kanki czekające na wypełnienie ciepłym, parującym, wczesnoporannym mlekiem krowim. Właśnie zostawiałam na schodach swój litrowy dzbanuszek, gdy zobaczyłam na końcu drogi cmentarz. Zaciekawiona myślami ukrytymi w przemijaniu, podążyłam za nimi. Były strzeżone przez żelazną bramę, która z niechęcią wpuściła smętnego turystę .
Siedząc obok Ani na krześle po raz pierwszy podczas sesji zaczęłam mówić, a ona słuchała: Marmurowe nazwiska zarośnięte bluszczem niepamięci. Zapadnięte ciała grobowców. Co zostaje po nas? Kopczyk wspomnień. Gdzie te wspomnienia? W którym umyśle znajduje się ta czarna skrzynka. Przed moimi oczami przewija się tylko jedna historia – czasu. Dla tych osób istniał, wypełniał się a potem zawijał swoje krańce pomarszczone teorią względności i odchodził. Ludzie nic dla niego nie znaczyli. Ani robi się ciężko na sercu, połączona niewidzialną pępowiną ze swoim pacjentem wysysa jego cmentarny smutek. Patrzy w okno. Szuka nadziei w słonecznym południu. Sesja trwa dalej.
Ludzie są samotni. Nic ich nie łączy. Nic tak trwałego żeby zwyciężyło śmierć. Czekają całe życie, by potem rozczarować się i odejść. Donikąd. Wszyscy skazani jesteśmy na przeżycie rozstania. Po co więc, karmić się mitami, takimi jak " o połówce jabłka". To kolejne złudzenie ludzi.
Sesja dobiegła końca. Ania dziękuje i zaprasza na następną. Wychodzi z pokoju zaraz po mnie. Nie potrafi powstrzymać łez. Po raz pierwszy nie opłakuje swojego smutku, po raz pierwszy spotkała kogoś, kto tak samo jak ona, w brzuchu nosi stłumione emocje. Płacze, wciskając twarz w obozowy materac i tak już przesiąknięty wilgocią. Kilka godzin później, podczas superwizji, próbuje zebrać wszystkie argumenty, mające na celu zmianę pacjentki. "Ona rozbudza we mnie Matkę" – pada zdanie na końcu. A to jeszcze za wcześnie dla mnie. Pacjentki nie można jednak zmienić.
Ania omijała mnie bardzo jednoznacznie. Jej szczupła postać zakończona szpiczastym kapturem nie wypowiadała żadnych słów. Po części zabraniały nam tego reguły obowiązujące na obozie, ale my stosowałybyśmy je nawet gdyby ich nie było. Milczałyśmy aż do momentu kiedy wybijała godzina przeznaczona na nasze spotkanie i wtedy dalej milczałyśmy. Ania z cierpliwością, ja ze złością, bo nijak nie mogłam zrozumieć dlaczego właśnie jej chcę opowiedzieć swoją historię a ona o nic nie pyta. Obie wtedy po raz pierwszy uczyłyśmy się psychoterapii. W Blankach. Pokonując wzajemnie wzniesione obronne mury. Cmentarz ze swoją filozofią końca wszystkich ludzi, wydobył z nas to co miałyśmy wspólne, a to było na tyle silne, że mury te runęły. Zaczęłam mówić. Słowa wyfruwały przez okno, przysiadywały na gałęzi i czekały na zdanie komentarza lub interpretacji. Odkrywały warstwa po warstwie skórę moich emocji. Byłam coraz lżejsza coraz bardziej jednak smutna od pyłu, który unosił się we mnie wzbudzany przez ich skrzydła. Łóżko skrzypnęło z wysiłku kiedy usiłowałam przekręcić się na drugi bok. Wyciągnęłam ramię przytulając policzek do poduszki. Przytulanie...Ania przytuliła mnie na koniec obozowej psychoterapii. Czuła to wiele razy, nici nieświadomych pragnień pulsowały wołaniem o macierzyńskość. Nasze pozazmysłowe kanały porozumienia. Innych przecież nie wolno było nam uaktywniać. Spotkania wypełniały obrazy z głębokiego świata nieświadomości. Najczęściej towarzyszył nam czarnoskóry lęk, że odejdzie, że zamknie za sobą drzwi i bez słowa tak po prostu zniknie, a my będziemy porzucone, pozostawione w bólu po ciętej ranie separacji i będziemy musiały rozpocząć nowe samodzielne życie. Kobiety tak różnie odchodzą z rodzinnego domu, a często też bywa, że wychodzą z niego dla niego i dwie sprawy załatwiają za jednym zamachem.
Niektóre płaczą podczas pierwszej nocy w poduszkę i zaraz po tym wracają pod pełną kontrolę nierozerwanej pępowiny ssąc ciepłą papkę bezpieczeństwa. Inne pakują brązową walizkę i wyjeżdżają by nigdy nie powrócić. A od pozostałych matki same odchodzą, pakując brązową walizkę by nigdy nie powrócić.
Patrzę na swój brzuch. Napęczniały boli w nocy. Napęczniały pustką morowego powietrza. Znowu zjadłam coś nieświeżego. Może to były stare winogrona a może...wszystko przez Anię. To ona wzbudziła we mnie podejrzenie o chęć posiadania dziecka. Już właśnie, teraz w tej dwudziestej szóstej chwili mojego życia. A może dopiero? Moje dwadzieścia sześć lat rozłożyło skrzydła w macicy. Buduje sobie gniazdo. Zasypuje je codziennie białą tabletką na dobranoc. O 23.00. Punktualnie. Sięgnęłam ręką po prostokątne pudełko, leżące tuż przy łóżku i wyciągnęłam listek szeregowo uporządkowanych dni, w folii. Sprawdziłam czy wzięłam. Wzięłam.
Ania odstawiła tabletki, bo dojrzała. Rozbudzona w trakcie obozu Matka, rosła, pęczniała, aż osiągnęła wymiary wymagające spełnienia. Jej wielka postać zapanowała nad wszystkimi przemianami w orgaznizmie. Jej tronem było magiczne miejsce, z którego wydawała rozkazy, dokonywała zmian wielkich, poruszając ustami instynktu. Znała ją. Jej ciało. Mieszkała bowiem zatopiona w nieświadomości wszystkich kobiet od wieków. Szeptała zaklęcia, wznoszącę się podnad rozsądek i mądrość ojców. Sprawiała, że każdy wysyłany impuls, nasączony był, tym co dobrotliwe pełne troski i wrażliwości. Postrzeganie Ani zmieniło się. Pielęgnowany dobrocią sad świata, owocował. Był czerwiec. Siedziałam przed komputerem, jedząc czerwone jabłko. Było soczyste pełne letniego słońca. Odbierałam pocztę elektroniczną. Do mojej skrzynki wpadł mail od Ani. Rozpoczynał się tak: "Wszystko w wyjątkowym trybie, bo właśnie noszę w brzuchu trzytygodniowe maleństwo...." I cieszyłam się bardzo. I czułam smutek. Potrafiałam wyjaśnić bardzo racjonalnie ambiwalencję, która się pojawiła. Wiedziałam, że jakiś etap naszej znajomości zostaje zakończony. Wtedy myślałam tylko o sobie, o tym, że to ja w jakiejś części tracę ją. Odtąd będzie jej mniej, bo macierzyńskość pożre cały jej dotychczasowy świat. Macierzyńskość kojarzona przez mnie jako otchłań ciemna i przerażająca.
Zasypiam i śnię przerażający sen. Cztery kobiety o twarzach pokrytych ciemnością kopią dół. Jestem wśród nich i strasznie się boję. Nie mamy żadnych narzędzi. Ktoś nad nami stoi i mówi, co mamy robić. W dole chowamy czyjeś zwłoki. Są w stanie rozkładu. Potem uciekamy każda w swoją stronę. Kryję się na dachu jakiegoś budynku i obserwuję to co się dzieje na ulicy. Z przerażeniem stwierdzam, że grób był za płytki i ciało wydostało się na powierzchnię. Z przerażeniem otwieram oczy.
To kolejny sen-przesłanie od mojej Matki. Jest zła. Wydostała się na zewnątrz i rozpoczęła swój rytuał. Przeraziło mnie pragnienie jakie usłyszałam w sobie. Zaczęłam walczyć za pomocą tabletek. Hormony miały ją uśpić. Bezpiecznie więc kładałam się do łóżka, wiedząc że przeciwstawiam się głównym atrybutom Matki : "rozwojowi i płodości". A teraz ona mówi do mnie poprzez sny, o tym jaka jest wielka i jak potężna jest jej siła. Pokazuje mi w tych snach, jak wygląda jej ponadczasowe ciało z niemożnością spełnienia. Odpowiadam jej ciągle tym samym. Zaprzeczniem. Jeszcze nie teraz, ja nie chcę, za kilka lat. Mój wewnętrzny dialog z Matką trwa, bo wiem, że jest we mnie jak w każdej kobiecie od tysięcy lat, od samego początku. Nie chce mi się zasypiać. Boję się koszmarów czających się w moim ciele. Przywołuję z pamięci słoneczny dzień pośród drzew. Wybrałyśmy się z Anią na spacer do parku. Pierwszy trymestr w zielonej lnianej sukience. Rozmawiałyśmy spragnione po długiej rozłące. Nie zmieniło się nic, oprócz..."kluski", która zaglądała co jakiś czas do naszej rozmowy. Noc zawieszona na moim oknie rozchyla deliakatnie koronkowe firany. Spoglądam w jej stronę i widzę jak nadchodzi pierwszy chłód poranka. Ptaki za chwilę zaczną swój codzienny jazgot, ale jeszcze przez kilka kroków nocy będą drżeć pod puchowa kołdrą z piór. A ja razem z nimi. Zwiastujące nowy dzien zimno, zaczyna wydobywać z mojej pamięci krajobrazy zimowych chodników posypanych brązowym piaskiem. Biały puch posypany cynamonem, a pod nim pulsujące ciepło grzanego piwa. Chciałabym zanurzyć w nim swoje zmarznięte usta tak jak tamtej zimy, zanim wybrałam się w drogę do Ani. Przez całe święta padał śnieg wypełniając ramy ideału każdego dziecka i prawie każdego dorosłego. Wypełnił je tak skrzętnie, że mogłam ulepić średniego wzrostu bałwana, razem z moim siostrzeńcem. Starczyło jeszcze na kilka czarno-białych zdjęć, zamrażających trwale misterne kształty płatków.
Brnęłam więc, idąc do Ani, przez niewidziale ślizgawki, tracąc i łapiąc na przemian równowagę. Wiało mocno. Sweter, który okazał się być tegorocznym prezentem od mojej mamy, nie zatrzymywał roztargnionych rąk wiatru, który szalał po całym ciele. Idąc wzdłuż rozświetlonych świątecznie domów pragnęłam jak najszybciej znaleźć się we wnętrzu jednego z nich. Gnana podmuchami coraz to silniejszymi, dotarłam wreszcie pod drzwi domu Ani. Zawiasy cicho westchnęły. Przestało być zimno. Z parującą kawą w kubku wędrowałam krętymi schodami na strych. Bo tam, na szczycie starego domu mieszkała Westa. Snując swój codzienny obrządek otaczała bezpieczeństwem, zaplątane w pępowinie małe dłonie. Znosiła co wieczór gałązki dobrych słów, szeptała zaklęcia i rozpalała ogień, który rozpraszał każdy strach. Nieświadomi jego obecności ludzie odzyskiwali nadzieję. Gdy usiadłam na podłodze czułam jeszcze ciepło żaru i słyszałam ciche kroki bogini. Miękkimi ruchami spowolniała czas. Przygotowywała miejsce magaicznie dobre dla małego człowieka, który miał powiększyć ród przy którym się osiedliła. To ona dostojna, czciła zamkniętą, boską iskierkę w brzuchu młodej pani. Niepokoiła się gdy Ania znikała w chłodnych szpitalnych salach, gdzie małemu ognikowi podłączano kroplówkę. Wyciągała ze skórzanego woreczka suszone zioła i medytowała gromadząc w sobie wszystkie boskie matki. Jedna bezszelestnie przytulała do piersi nienarodzone dziecko, druga na nowo roznieciła ogień, trzecia bosymi stopami powędrowała do nieprzytomnej matki. Wszystie razem umacniały Westę, którą bolało jej ludzkie serce. Gdy obrządek dobiegał końca, a Ania cała i zdrowa wracała do domu z iskierką w brzuchu, Westa zapalała na ołtarzu święty, dziękczynny ogień, pocierając łagodnie jeden kawałek jesionu o drugi. Wychodząc stamtąd Ania podarowała mi zrobiony przez siebie wełniany szalik. Otuiłam się nim ze względu na wiatr i ...na ciepłe kolory jakimi zabarwiła go Westa zanim wyszłam na dwór. Szłam przyciskajac policzek do ciepłych splotów szalika.
Po świętach wróciłam do swojego miasta, w którym śniłam mroczne sny. Śniłam nocą i dniem. Opiekowałam się wciąż, z niewiadomych powodów przeróżnymi robakami, karaluchami, chrabąszczami. Mówiłam do nich, karmiłam je, a one odwdzięczały mi się dozgonnym przywiązaniem. W dzień mówiłam do nich "robaczki moje ukochane, stonóżki rozbiegane, karaluszki rozkrzyczane", a w nocy tuliłam do piersi. W nocy żeby nikt nie widział, że tak bardzo tego pragnę.
Była już druga połowa stycznia gdy Westa mieszkająca w domu Ani i Michała rozpoczęłą przygotowania rytuału amphidromii. W dniu po narodzinach dziecka, Westa brała je w swoje ramiona i tańcząc wokół świętego ognia, nadawała imię nowej członkini rodu. Z odległych krain zwoziła do tego celu, zioła najprzeróżniejszych kolorów i zapachów. Na polach i łąkach nieziemskich zbierała kwiaty o kształtach i barwach nieznianych ludzkiemu oku. Do podtrzymywania ognia używała pachnącego cedru, dzięki któremu skóra domowników była piękniejsza i bardziej odporna na wszystko co przybywało z zewnątrz. Westa chroniła ten mały cynamonowy ogień, napełniając go wolą życia. Po amphidromii miał czcić sobą ciepło świętego płomienia. Westa rozmawiała z Anią w snach. Pokazywała jej zaciśnięte mięśnie czerwonością bólu. Spowolniała dotykiem rytm ognia. Otwierała źrenice odganiając ślepotę własnego ciała. Zaklinała: "zajrzyj w siebie", to co zobaczysz powinno wiele cię nauczyć. Czasami Ania po przebudzeniu dotykała odruchowo brzuch i postanawiała zostać tego dnia w domu. Mała istota ssała wtedy spokojnie palec. Jednak w dniach kiedy ignorowała swoje sny, przestawała wierzyć w to co mówi jej ciało, a pomost pomiędzy nią a Westą owijała mgła zakłóceń, Ania lądowała w szpitalu. Zamknięta w biały prostokąt łóżka, zastanawiała się dlaczego przestała ufać swojej naturze. Myślała wtedy o kobiecości i o trudzie jaki ją czeka w przyszłości. Miała podarować światu kobietę. Miała nauczyć jej czym jest kobiecość, to coś, co jest nieświadome, a co istnieje w każdej z nas. Z każdyn dniem w domu było cieplej i cieplej, jaśniej i jaśniej, i ciszej. Ania milkła z dnia na dzień. Coraz uważniej wsłuchiwała się w pieśń narodzin. Córka nuciła ją wyraźniej z każdym dniem. A mnie coraz częściej bolał brzuch. Znowu. Może dlatego nie śpę po nocach. Mam wrażenie, że noszę w sobie kamień, którego nie mogę strawić. Raz chcę zwrócić nicość, którą zjadłam, a raz chcę zemdleć z tego samego powodu.Wiem, że boli, tylko nie wiem dlaczego. Zrezgnowałam już z kawy na śniadanie, teraz popijam ósmą godzinę miętą. Pół kanapki wciskam przez godzinę i zwracam. Mój kamień w brzuchu. Potem jadę na uczelnię. Ból mija. Wchłaniam drożdżówkę przy świergocie pedagożek. Skończyłam zajęcia z terapii rodzin. Wszystko opiera się na równowadze. Zwracam drożdżówkę. Pod koniec stycznia Ania tęskniła za spacerami. Niedaleko jej domu znajdowałam się park. Zawsze tak łatwo dostępny dzisiaj wydawał się oddalony o setki kilometrów.Widziała z okna jak krąża nad nim dzikie kaczki, które lubiła dokarmiać chlebem. I za łabędziami z białymi szyjami też tęskniła. Coraz częsciej wyczerpana wymiotami i biegunkami leżała w swoim łóżku uciszając skurcze macicy.
Wstałam. Chodź dopiero wschodziło słońce wiedziałam, że już więcej niczego nie wyśnię. W futrzastych kapciach powędrowałam skrzypiącą podłogą do kuchni. Zaspanym gestem nastawiłam wodę na miętę. I wtedy przez moment wydawało mi się że widzę biegnącą wzdłuż mojego mieszkania Westę. Była ubrana w odświętne szaty. Spieszyła się na amphidromię. Ania urodziła Igę.
Tuż przed porodem Ania wysłała mi wiadomość gdzie zinterpretowała wyśniony nocą obraz: "twój sen jak matioszka, siedzimy w pokoju jak w macicy, ja matka, ty niczym dziecko i jakbyś zaraz miała wyjść z mego brzucha-nie Iga, tylko ty- i mężczyzna w ciele jak plemnik atakuje ciebie......"
Ewa |