Kobiety o sobie i swoim życiu


kobiecość

Mój podstawowy lęk dotyczy bycia-ciągle-nie-dość-kobiecą. Jego źródło tkwi – jak zwykle – w moim dzieciństwie: byłam córką ojca. Utożsamiałam się z ojcem i odrzucałam matkę. Widziałam ją oczami ojca i nie chciałam być taka jak ona. Odrzuciłam stereotypowy kobiecy image: szpilki, makijaż, biżuteria, powodzenie u mężczyzn.

Oczywiście oprócz dzieciństwa swoje "zrobiło" też otoczenie. Cała kultura wrabia nas w schematy kobiecości, lansuje pewien zestaw cech, nazywa je "kobiecymi" i funduje nam poczucie wiecznego niedopasowania, gdy nie mieścimy się w foremce.

estem silna, zdecydowana, inteligentna, niezależna, lubię kląć, tupać, często gwałtownie wyrażam złość. Są to cechy sprzeczne z miękką, delikatną "kobiecością". Ale czy dlatego mam ten lęk "bycia-nie-dość-kobiecą" że moja kobiecość jest niestereotypowa? Myślę sobie, że gdybym czuła się wewnętrznie mocna i pewna swojej kobiecości, to wszystkie te kulturowe przekazy mogłyby mi nagwizdać! Taka kaczka, albo choćby i pingwin: piórka ma natłuszczone swoim własnym(!) tłuszczykiem i w jakim by gównie nie przyszło jej pływać, wychodzi z niego, otrząsa się porządnie i gówno zostaje na brzegu! A wrzucić kurę do wody – będzie zmokła kurą. Tak, tak, kultura kulturą, a tłuszczyk na własny użytek trzeba sobie pod skrzydełkami wyprodukować samej.

Kolejna rzecz, która zasila mój lęk to złe myślenie o innych kobietach. Bardzo poruszyło mnie to co pisze Angelika Aliti w "Dzikiej kobiecie": "Wszyscy słyszeliśmy o przesądzie, według którego zbicie lustra oznacza siedem lat nieszczęścia. Kobietom, które niszczą swoje lustra, czyli inne kobiety, grozi to samo, ponieważ bez tych zwierciadeł niemożliwy jest nasz indywidualny rozwój, kobiecy rozwój: największe nieszczęście, jakie może spotkać człowieka" Takim tłuczeniem luster z którego niedawno zdałam sobie sprawę, jest moje ocenianiem innych kobiet jako kobiecych bądź niekobiecych. Myśląc w ten sposób zastawiam pułapkę, w którą sama wpadam, bo chcąc-nie chcąc daję pożywkę swoim lękom przed byciem nie dość kobiecą. Widzę ten kanał, ale nie do końca wiem, co z tym zrobić.

Czy istnieją niekobiece kobiety? Wstyd i głupio mi to przyznawać, ale nieraz tak myślę. Jednak czuję również, że zaprzeczanie temu też jest jakimś oszustwem. Może najsensowniej opisać to tak: każdy z nas ma w sobie ten pierwiastek męski i żeński, niektóre kobiety (a także mężczyźni) mają ten kobiecy pierwiastek nierozwinięty, wyparty, nie mają do niego dostępu. Tak jak można nie mieć "dostępu" do swojej wypartej złości, smutku, miękkości czy siły. Wszystko to jest potencjalnie dostępne, tylko droga nieuczęszczana zarosła chaszczami.

Druga twarz mojego lęku to poczucie "wciąż nie kobieta, raczej dziewczynka". Mimo, że skończyłam 28 lat, jestem samodzielna i niezależna (finansowo, mieszkaniowo), wiele w życiu doświadczyłam i nie jestem głupiutką, naiwną panienką, to ciągle nie czuję się w pełni kobietą. Często wobec "dorosłych" zachowuję się jak przysłowiowa smarkula. Dokładnie odzwierciedla to też mój wygląd wiecznej 17-19-latki. Nie lubię tego, chciałabym już wreszcie zacząć wyglądać na swój wiek!

Myślałam nieraz gdzie tkwi ta magiczna (urojona?) granica, po której przekroczeniu poczuję się dorosłą kobietą. Jakiej inicjacji mi trzeba? Męża? Dziecka? Czuję, że to iluzja, kolejna pułapka. Póki w sercu czuję się niepełna, to nic na świecie – żaden mężczyzna, ani dziecko nie zapełni mi tej pustki.

A wam, siostry, jak się to udaje? Kiedy przestałyście być dziewczynkami? Co sprawiło, że dojrzałyście jako kobiety? Opowiedzcie mi o tym ......

Ruta