Kobiety o sobie i swoim życiu

Mój czas

Weszłam po drewnianych schodach na antresolę. Oparłam się plecami o ścianę i spojrzałam z góry na moje nowe mieszkanie. Mogłabym powiedzieć, że to kolejne w tym roku, gdyby nie data – 3 stycznia. W tym roku więc pierwsze. Trzecie w przeciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Na dole stały nie rozpakowane kartony, porzucone w nieładzie drobne rzeczy. Morze przeprowadzkowego chaosu falowało nieładem. Mieszkanie było ładne. Tak przynajmniej twierdziła moja koleżanka Asia, która pomagała mi dźwigać mój dobytek. Nie widziałam tego, zresztą nie mogłam bo ogarniał mnie przede wszystkim lęk i ogromny smutek. Poraz kolejny miałam oswajać kąty, czekać tygodniami aż mój zapach przeniknie między wiązaniami w cząsteczkach powietrza, pomieszczenia zapełnią się szeptem moich kroków.

Temat przeprowadzki do tego stopnia spowszedniał, że zniknął z nagłówków maili wysyłanych do Ani i z białych kartek listów posyłanych Monice. Za często pakowałam swoje rzeczy i rozpakowywałam je na nowo. Była jednak jedna znacząca różnica. Tym razem borykałam się nie tylko z brakiem poczucia bezpieczeństwa, ale i bólem wynikającym z przyczyny kolejnej zmiany adresu. Była prozaiczna. Niedojrzałość mężczyzny, który wolał pojedynczą niezależność, eksperymentowanie ze światem, przygodę niż...wspólną podwójność. Dlaczego? Nie potrafiłam teraz odpowiedzieć na to pytanie. Niepotrzebnie wyciągnięte dłonie emocji natrafiły na białą ścianę. Powędrowały ku drewnianym belom na suficie i zatrzymały się na cichym odgłosie czyjś kroków. Podsłuchuje ludzkie życie. Wydobywa mnie z pustej myśli osnutej na lęku. Leżę i wyobrażam sobie co się dzieje na górze. Kroki do łazienki, szum wody. Chwila ciszy. Kroki. Zamykanie i otwieranie drzwi. Kroki. Wyciąganie grzebienia z upiętych włosów, które opuszczają się falą na plecy. Kroki. Patrzenie na podwórko nocą. Inni już śpią. Kroki. Sięgnięcie po książkę i okulary. Kroki. Tu gdzieś niedaleko pomiędzy moją antresolą a szafą musi być łóżko. Kroki. A potem cisza. Nagle zostaje sama. I tej samotności wszechogarniającej boję się najbardziej. Jej chłodnego poczucia, wijącego się w żołądku. Gdy wstaję rano pochłania mnie czarna dziura, osadzona zamiast splotu słonecznego. Czarne promienie chwytają drobiny nadziei i wciągają je w swój lejowaty grób. Nie mogę się nakarmić. Myślałam, że znalazłam na nią sposób, że odczarowałam jej zaklęcie na zawsze, że nic mi już nie grozi z jej strony. Ale ona wytrwale podawała mi do picia kielich pełen ciszy. Piję go, wsłuchując się w trwanie przedmiotów przez nikogo nie przestawionych, w brzęk kluczy nigdy nie wydobytych.

W połowie lutego, ze strachu przestałam spotykać się z innymi. Bo inni to ruch, to życie, a ja nie miałam siły. Tkwiłam na antresoli. Nienawidziłam tych chwil i uwielbiałam je nadzwyczaj. Ból krojony na kawałki i powoli degustowany. Zdolność kobiety do przeżuwania cierpienia jest ogromna. Żułam więc roztkliwiając się nad sobą. Chodziłam do kina. Nie. Uciekałam do kina, do iluzji, do świata innych kobiet i mężczyzn. Byle jak najdalej od mojego. Ale ono wytrwale mnie goniło i przypominało, że nierozpakowane kartony stoją ciągle na podłodze. Wtedy dzwoniłam do Basi albo innych kobiet. Kupowałam butelkę czerwonego wina i szłam rozmawiać, a czasem tylko płakać. Pozwalały mi na to. Pytałam się. Szukałam odpowiedzi na swoje cierpienie w ich doświadczeniach. Dlaczego? Interesowało mnie jak one radziły sobie z zależnością, z jej początkiem i końcem. Różne to były kobiety. Wolne z wyboru, mężatki z brzuchami rodzącego się życia, kobiety po dwudziestu latach małżeństwa. Wszystkie miały dobre i złe chwile, momenty zwątpienia, żalu. Rozchodziły się i wracały. Słowo kompromis kwitło na ustach mężatek, niedojrzałość u samotnych. Na koniec zapytałam się mamy oddalonej o jeden tysiąc kilometrów. U niej pojawiła się nadzieja na progu trzeciego małżeństwa. Zależność – słowo klucz. Wszystkie jej poszukujemy. Każda z nas. Inaczej tylko poddajemy się jej. Ja zbyt często zatracając siebie, nie rozróżniając granic swojej tożsamości, mojej indywidualności. Mój prywatny schemat uzależnienia od czyjś dłoni. I dawałam z siebie wszystko bez walki. A kobiety mówiły, że mężczyzna to wojownik, który będzie umiał uszanować tylko to, co zdobędzie w trudzie i znoju. Ja byłam zawsze gotowa. Nie chciałam stawać w szranki. Dawałam, a oni brali i odjeżdżali walczyć o inne. I któraś kobieta nazwała to naiwnością.

Na początku marca zaczęłam cicho pomrukiwać w środku. Bez wahania przyjmowałam zaproszenia na imprezy. Mężczyźni musieli to słyszeć. Krążyli wokół mnie. Patrzyli na moje zmieniające się ciało. Smuklało i wgłębiało się w zakamarki kości. Złociło się i łagodniało. Mężczyźni patrzyli na mój taniec. Kreślili wzrokiem magiczne zaklęcia na moich piersiach i szyi A ja tonęłam w ich zamroczonych ramionach, by poczuć choć odrobinę ciepła, by nie wracać sama na antresolę. Potykaliśmy się oboje o rzeczy, które ciągle jeszcze stały na podłodze. Znajdowaliśmy wąską ścieżkę prowadzącą na górę. Nic im nie mówiłam, oni też nie chcieli słuchać. Łapczywie dobierali się do mojego ciała. Połykali go jak spóźnioną kolację. Szybko i zachłannie. Gdy mijała pierwsza fala podniecenia, zaczynałam żałować. Druga już nie nadchodziła. Śmiałam się szyderczo, kiedy oni myśleli, że mnie posiedli. I to był jedyny śmiech jaki słyszało moje nowe mieszkanie. Kłamałam mówiąc, że spotkamy się następnego dnia. Z poczuciem winy żegnałam ich rano na zawsze. Moje superego dawało znać o sobie. Moralny kac. Bezsens poszukiwań na zewnątrz tego co można znaleźć jedynie wewnątrz siebie, powodował, że czułam się jeszcze gorzej. Dotyk męskich ciał, chłód brzegu kieliszka, nie posiadał uzdrawiającej mocy. Coraz częściej i na dłużej przychodziły okresy smutku i beznadziei. Nie wiedziałam już właściwie po co miałabym w ogóle rozpakowywać kartony i walizki w nowym mieszkaniu. Dotarłam do momentu kiedy nie wyszłam z domu. Jeden dzień, potem drugi, trzeci i być może ta wyliczanka nigdy by się nie skończyła, gdyby nie rozmowa z Basią. Opatulona w szal papierosowego dymu wsłuchiwałam się w słowa. Odkryłam obszar, który od dawna pokrywało zapomnienie. A były to tereny najważniejszych rzeczy w moim życiu. Za namową Basi zaczęłam sporządzać listę, na którą wpisywałam powody dla których warto żyć. Wszystkie te rzeczy, które sprawiają , że chce mi się wstawać z łóżka i odsłaniać żaluzje w oknach. Każdy ma taką listę. Często ją lekceważymy, wpychamy między codzienną krzątaninę, zapominamy o niej. Zasypiamy przy stole zaraz po konsumpcji. Robimy się ociężali i zniechęceni. Ciągnie nas ziemia. Przestajemy patrzeć w niebo.

Przez trzy dni lista była pusta. Pod nagłówkiem "dlaczego warto żyć" dopisałam ołówkiem "nie warto". I tych dni nie pamiętam. Po jakimś czasie wracam do leżącego skrawka papieru w moim sumieniu. Sięgam głęboko w siebie. Przebijam się przez pokłady ziemi. Widzę nici przyjacielskich więzi. Zatęskniłam za Moniką. Może dla niej warto żyć choć mieszka tak daleko. Bez niej, tej jednej osoby na świecie w moim życiu nie zdarzyłoby się tyle rzeczy. Czas doświadczał nas razem. Bez niej nie byłoby śpiewu pośród leśnych dróg, rozmów do białego rana na ósmym piętrze szczecińskiego wieżowca. Nie nauczyłabym się w ogóle ufać. Jako pierwszą wpisuję Monikę, najbliższą memu sercu osobę. Potem pojawia się Marcelina, bo twierdzi, że dla niej warto. Wie o liście. Sama się na nią wpisuje. Nie protestuje. Jej żywiołowość, energia, nadzieja niesiona na drobnych piegach na twarzy, dodaje smaku życiu. Była ze mną przez pierwsze dwa tygodnie opatrywania ran celnie zadanych. Dała swoje klucze od mieszkania i połowę materaca. Rozproszyła moją samotność. I jeszcze dzieci. Opuszczone, niechciane z wielkimi oczami lęku. Spotykam je na co dzień. Może pewnego razu będą potrzebować kogoś do kogo będą mogły się przytulić. Nie może mnie dla nich wtedy zabraknąć, kto nazwie je najcudowniejsza księżniczką na świecie lub najpiękniejszym księciem ?

Ostatnia pozycja pojawia się po kilku tygodniach. Wpisuje: "dla samej siebie, bo jestem tego warta" i ma to działanie terapeutyczne. Mój czas nabiera siły, zmienia się Rozpoczynam poszukiwania w sobie. Buduję jeszcze raz od nowa, mnie. W ciszy i spokoju samotności. Nie boję się jej. Koi wichurę moich pragnień. Jest miękką niszą, w której wykluwa się nadzieja. Porządkuje moje nieświadome ścieżki. Wkraczam na nie i z tych najbardziej zaplątanych rezygnuje, stawiając tablicę ostrzegawczą "nie wchodzić, grozi powtórzeniem traumy". Wydeptuje nowe. Na początku niepewnie, nie pragnąc za mocno. Unikam skrajnych emocji, niepotrzebnych rozczarowań. Spokojnie. Umiarkowanie. Nie poddaje się otchłani depresyjnych smutków, ani maniakalnego szału padającego na twarz ze zmęczenia. Kończę ten etap. Przez duże okna w moim mieszkaniu wpada słońce. Siedzę na podłodze. Rozpakowuje kartony. Książki ustawiam w równym rządku na nowo zakupionym regale. Wymyśliłam swój kącik z małą lampką, stosem kartek, czasopism, listów, ołówków. Wieczorami zagłębiam się w ciało fotela. Piszę, czytam, słucham. Nie kroków piętro wyżej. Zasypiając na antresoli wsłuchuję się w siebie, bo warto.

Ewa