|
Kobiety o sobie i swoim życiu - Ciało Moje Ciało
1.
Jestem Kobietą. Wiem o tym od bardzo dawna. Od początku. Przez kontrast wynikający z posiadania starszego o dwa lata brata. Inne ubrania. Inne zabawki. Inne obowiązki w domu. Już jako mała dziewczynka wyraźnie dostrzegałam różnicę w traktowaniu chłopców i dziewczynek. Bardzo mi się to nie podobało i jeśli kiedykolwiek pragnęłam być chłopcem to tylko dlatego, żeby przestać być bita i poniżana. Miło było jednak mieć ładniutkie sukienki szyte przez matkę. Bardziej wynikało to jednak z poczucia, że matka dba o mnie w szczególny sposób niż z samego faktu posiadania sukienek. Fizyczny wymiar ciała zaczyna się dla mnie od bólu. Dyskomfort w gardle, gdy oblepione ropą migdały przy kolejnej anginie nie pozwalają przełykać albo nadwrażliwość strun głosowych, gdy po kilku godzinach bardzo głośnego wyśpiewywania piosenek w czasie jazdy pociągiem na kolonie głos zamienia się w głuche chrypienie. Potem lub przedtem albo równocześnie odkryłam swoje ciało dzięki "pomocy" starszego o 12 lat wujka, młodszego brata mojej matki. Okrycie dotyczyło faktu, że moje ciało, ciałko właściwie, może być obiektem fascynujących i jednocześnie napełniających obrzydzeniem dotknięć, sprawiających przyjemność i ból. Nie tyle fizyczny, przecież nie doszło do pełnego stosunku, co psychiczny ból posiadania miejsc, do których poprzez szantaż miał dostęp wujek. W dzień bałam się go ogromnie, bo bił i karał za każde najdrobniejsze nawet wykroczenie. W nocy wypełniona strachem i jednocześnie oczekiwaniem na pieszczoty dowiadywałam się, że można dotykać mojego ciała w bardzo przyjemny sposób. Nie trwało to, co prawda, długo, jakieś dwa, czy trzy miesiące, lecz pozostała mi po tym świadomość ciała, którym mogą dysponować inni a zatem ja też mogę dysponować ciałami innych. Pozostała wiedza praktyczna, gdzie są miłe w dotyku miejsca u dziewczynek i przekonanie o tym, że jeśli się tych miejsc dotyka to ma się nie tylko przyjemność wynikającą z dotykania, ale też władzę nad dotykanym. Jestem Kobietą. W sposób szczególny dowiedziałam się o tym od swojej matki w dniu pierwszego krwawienia miesięcznego. Wiedziałam, że TO nastąpi. Moja matka nie kryła się nigdy z faktem comiesięcznych bojów z własnym ciałem. Przyznawała się do złego samopoczucia, pozwalała sobie na leżenie w tych dniach w łóżku. Mój starszy o dwa lata brat od matki właśnie dostał broszurę: "Co powinien wiedzieć każdy chłopiec", po czym i ja dostałam żeński odpowiednik tej broszury. Pamiętam, że wydane zostały one przez Wydawnictwo Lekarskie. Dzień, w którym pierwszy raz odkryłam krew na bieliźnie pamiętam dokładnie z wielu powodów. Po pierwsze: zwolniłam się z zajęć. Chodziłam wtedy do szóstej klasy szkoły podstawowej, niezbyt lubiłam do tej szkoły chodzić, więc pretekst był wspaniały. Po powrocie do domu umyłam się, zmieniłam bieliznę, założyłam sobie podpaskę z waty w siateczce z gazy i trochę podniecona czekałam na powrót matki z pracy. Po drugie: reakcja mojej matki była nad wyraz wspaniała. Do dzisiaj pamiętam atmosferę tej długiej rozmowy z matką, w cztery oczy, w łazience, kiedy matka wprost wyraziła swoją radość z "córki, która stała się kobietą". Wtedy właśnie dowiedziałam się jak ważna jest higiena, konieczność podmywania się, zmiany podpasek i bielizny. Matka kazała mi zapamiętać ten dzień, wpisać go do kalendarza; podarowała mi mały kalendarzyk abym notowała w nim wszystkie swoje okresy i w ten sposób wyrobiła we mnie nawyk posiadany do dzisiaj. Poczułam silną więź łączącą mnie ze wszystkimi kobietami świata i to poczucie tkwi we mnie do dzisiaj.
I po trzecie: od tego dnia mogłam raz w miesiącu korzystać z przywileju bycia kobietą, co na początku było nawet zabawne, ponieważ nie miałam żadnych dolegliwości związanych z menstruacją. Dopiero w wieku około 16 lat zaczęły się, co miesiąc, problemy z bardzo silnymi bólami podbrzusza, prowadzącymi do omdleń. Najczęściej zdarzało mi się to w miejscach publicznych, np. w tramwaju, gdzie z wdziękiem osuwałam się na podłogę by ocknąć się w Stacji najbliższego Pogotowia Ratunkowego, tam po ustaleniu przyczyny otrzymywałam silną "trójkę rozkurczową" i odwożono mnie w stanie lekkiego zamroczenia do domu. Było to już po śmierci matki. Jedyne wsparcie, jakiego wtedy doznawałam płynęło od moich rówieśniczek, koleżanek z klasy, z którymi zawsze dzieliłam się informacjami na temat swojej fizjologii, swojego ciała. Na moje dolegliwości słyszałam od lekarzy niezmiennie, co miesiąc, odpowiedź, że przejdzie mi: po pierwszym dziecku. Potem: po drugim dziecku. Potem: po trzecim dziecku. Problemy skończyły się w wieku 51 lat, gdy ustało mi miesiączkowanie. Problem sam się rozwiązał. Jestem Kobietą. Mego ciała doświadczałam przez dotyk. Swojego i moich rówieśniczek. Poznawałam je dłońmi. Mniej lub bardziej świadomie. Samo przytulenie było ważnym poznaniem powierzchni skóry przenikającym gdzieś głęboko, przyprawiającym o drżenie. I chłopięce ciała. Pierwsze pocałunki, delikatne muśnięcia policzka, warg. Niesamowite drgnięcia, gdzieś w środku, jakby wewnątrz przebiegały nitki przewodzące doznania od warg do krocza. Pierwsza penetracja, pełna bólu i nieprzyjemności, choć tak bardzo chciałam już mieć za sobą pozbawienie dziewictwa. Długie pożycie z jednym mężczyzną, z mężem. Przekonanie, że wszystko, co ON robi z moim ciałem jest dobre: współżycie na zawołanie, bez względu na moje samopoczucie, tydzień po porodzie, moja ciągła nieumiejętność powiedzenia NIE. Moje ciało, jako obiekt męskich pieszczot oczywiście reagowało, odpowiadało na dotknięcia, ale wszystko na poziomie fizjologii, fizyczności. Jestem Kobietą. Uświadomiła mi to bardzo silnie pierwsza ciąża, kiedy nosiłam w sobie małego człowieczka, rozmawiałam z nim, cieszyłam się z jego ruchów, układałam plany, w kółko czytałam kolejną publikację pt. "Małe dziecko". Znałam ją nieomal na pamięć, co nie przeszkodziło mi w tym, że gdy rozpoczęła się akcja porodowa kompletnie nie byłam jej świadoma i dopiero po odejściu wód zrozumiałam, że to już poród. W karetce pielęgniarz krzyknął: o! K...a! To pośladki! i zawieziono mnie do Wiejskiej Izby Porodowej w małej miejscowości na południu Polski, gdzie w ciągu piętnastu minut, dalej nie bardzo świadoma tego, co się ze mną dzieje urodziłam śliczną, maleńką córeczkę. To było trzydzieści jeden lat temu.
Rok później, nie radząc sobie z zapobieganiem ciąży, a nie były to czasy temu sprzyjające, ponieważ był to rok siedemdziesiąty drugi ubiegłego stulecia i w aptekach dostępne były tylko, mało skuteczne, globulki "Zet" a prezerwatywy jeszcze nie były zbyt popularne, zaszłam kolejny raz w ciążę, tym razem niepożądaną. Wspólnie z mężem podjęliśmy decyzję o jej usunięciu. Nie miałam bladego pojęcia o tym, co tak naprawdę TO oznacza. Zgłosiłam się do miejscowego szpitala, gdzie po niezbyt długiej rozmowie z lekarzem, który nie odwodził mnie zbytnio od decyzji, wyznaczono mi dzień zabiegu. Niewysoka, szczupła, nie wyglądająca na swoje dwadzieścia dwa lata, obnażona, leżałam na ginekologicznym fotelu w małym szpitalnym pokoju zabiegowym. Lekarz dokonujący aborcji sprawiał wrażenie złego, wyzłośliwiał się na mnie, dogadywał, kiedy piszczałam z bólu teksty typu: "cierp ciało, kiedyś chciało"; dopiero, kiedy umilkłam, zacięta w sobie i tylko łzy, jak grochy, leciały mi po policzkach, zorientował się, że coś jest chyba nie tak, zajrzał do karty i przeczytał informację o mnie: mężatka, matka rocznego dziecka. Przestał, ale co mi powiedział, to moje. Cały zabieg odbył się prawie "na żywca" z powodu braku środków znieczulających. Po tym zabiegu przez długi czas, praktycznie do dzisiaj, czułam się wyskrobana nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Zaczęłam większą uwagę zwracać na cykl, czytałam, co się tylko dało na temat zapobiegania ciąży, próbowałam na sobie różnych sposobów. Dwa lata przed narodzinami kolejnej córki przyjmowałam tabletki antykoncepcyjne, na które reagowałam bardzo źle, okres mi się rozregulował, trwał ponad dwa tygodnie, przytyłam, bolała mnie wątroba a mąż był niezadowolony z wiecznie źle czującej się żony, postanowiłam odstawić tabletki i zaszłam ponownie w ciążę. Mąż się prawie na mnie obraził twierdząc, że go wrobiłam w drugie dziecko. Ja, pamiętając koszmarnie poprzedni zabieg usuwania ciąży, zaparłam się w sobie i wbrew mężowi urodziłam drugą córeczkę. Po dziesięciu latach urodziłam jeszcze jedną dziewczynkę.
Trzy dziewczynki. Trzy porody. Dwa w małej wiejskiej Izbie porodowej, w nieomal komfortowych warunkach, z bliskim kontaktem z dziewczynkami. Kameralność miejsca sprawiała, ze nikt nie utrudniał dostępu do niemowląt, całymi dniami mogłyśmy się cieszyć swoimi maleństwami, zabierano je nam tylko na czas kąpieli i na noc, co było ogromnym błogosławieństwem. Po spokojnie przespanej nocy z radością, od pierwszego karmienia przebywałyśmy z naszymi dziećmi. Trzeci poród, w 1985 roku w dużym wojewódzkim szpitalu. To była fabryka dzieci. Trzy dni po porodzie do domu. Sam poród - koszmarne przeżycie, samotność, zimno, bardzo niemiła położna rozwierająca, jakoby dla mojego dobra, szyjkę macicy silnymi palcami, co sprawiało mi nieopisany ból, potem sam poród, przecięty nieomal na pół pośladek, aby ułatwić mojemu dziecku, rodzącemu się z tzw. przodującą rączką, szybsze wyjście na świat. Dwadzieścia cztery szwy. Maleńka dziewczynka z nie zagojonym pępkiem wróciła do domu z osłabioną matką gdzie czekały jej dwie siostry, wciąż jeszcze wymagające opieki i pracoholik tatuś, nie mający czasu ani dla żony ani dla córek. Trzy dziewczęta. Starałam się je wychowywać w zgodzie z ich ciałami. W odróżnieniu od wielu kobiet nie wstydziłam się odpowiadać nawet na najbardziej intymne pytania moich córek. Nigdy nie lekceważyłam ich złego samopoczucia czy choroby. Nauczyłam córki dbać o siebie. Powieliłam uroczystość "Pasowania na kobietę" przy okazji pierwszych miesiączek moich córek. Przed zamążpójściem dwu z nich długi czas wyjaśniałam moim córkom wszystkie aspekty małżeństwa, pożycia seksualnego, zapobiegania ciąży. Choć sama rodziłam swoje córki nie planując ich rozmawiałyśmy i o tym, jak ważne jest, aby dzieci były chciane i kochane. Powiedziałam moim córkom o zagrożeniach wynikających z usuwania niechcianych ciąż. Mam nadzieję, że dobrze przygotowałam je do życia.
2.
Jestem Kobietą. Największą miłością mojego życia była i jest kobieta. Przez długie lata zaprzeczałam sama sobie przekonana o swojej nie-normalności, bo miłość do kobiety bywa postrzegana jako grzech, choroba. Długo "leczyłam" swoją homoseksualność u różnych psychoterapeutów i seksuologów. Kiedy w latach osiemdziesiątych dowiedziałam się, że to nie jest choroba - nie uwierzyłam. Dalej próbowałam udowodnić sobie i całemu światu, że jestem normalną kobietą. A przecież byłam nią cały czas! Być może, ktoś zacząć by chciał dywagacje na temat mojego homoseksualizmu, jako wyniku uwiedzenia przez wujka, gdy miałam osiem lat, lecz bardzo by się pomylił, ponieważ dużo wcześniej, już w przedszkolu, kochałam się, bywałam zakochana, w dziewczynkach, koleżankach i w Pani wychowawczyni. Chłopcy mnie nie interesowali. Kiedy byłam nastolatką, świat wydawał mi się o wiele prostszy. Wszystko, lub prawie wszystko, było dla mnie społecznie akceptowane, nie miałam poczucia winy, życie było piękne. Czasem tylko czułam, że chyba nie do końca jestem w porządku... Wszystkie moje koleżanki przeżywały zauroczenie, miłość, głównym tematem rozmów byli chłopcy, mężczyźni. A mnie dziwnie jakoś nie ciągnęło do nich. Mnie podobały się dziewczęta, kobiety. Dobrze się czułam w ich towarzystwie. Co chwila w jakiejś się zakochiwałam, wzdychałam, pisałam pełne miłości wiersze, przynosiłam kwiaty. I tak było odkąd pamiętam, od początku, od przedszkola. Nikt, nigdy nie mówił mi, że miłość do kobiety jest zła, że jest grzechem. Któregoś dnia rodzice dziewczyny, z którą łączył mnie gorący romans, złapali nas w łóżku. Dowiedziałam się wtedy, w bardzo nieprzyjemny dla mnie sposób, że to jest złe, chore, nienormalne, zboczone. Zostałam brutalnie wyrzucona z ich domu. Teraz już WIEDZIAŁAM. Miałam 20 lat. Rodzice tamtej dziewczyny tak dobitnie wykazali mi niewłaściwość mojego postępowania, że postanowiłam udowodnić sobie i światu, że jestem normalna. Nie zboczona. Kiedy moja młodsza córka miała sześć lat a ja trzydzieści jeden, po dziesięciu latach małżeństwa; małżeństwa, w którym działo się coraz gorzej, zakochałam się w kolejnej kobiecie. Zakochałam się mocno, bez pamięci, a moja miłość znalazła wzajemność. Moja partnerka bez oporów odpowiadała na wszystkie moje słowa i gesty. Odkrywałyśmy przed sobą coraz więcej, czułam się szczęśliwa, spełniona. Mąż początkowo akceptował moją miłość, podobało mu się, byłam zadowolona, spokojna, często się uśmiechałam. Godziłam czas między męża, dziewczynki i kochankę. Jednak po czterech miesiącach, kiedy moje zaangażowanie urosło, mąż postawił mi ultimatum: albo ja, albo ona. Nie umiałam dokonać takiego wyboru. Chciałam umrzeć. Próba samobójcza zakończyła się na pogotowiu, dokąd zawiózł mnie mój raptem troskliwy mąż. Trafiłam do psychiatry, ten odesłał mnie do psychologa, nie znajdując we mnie choroby psychicznej. Psycholog wysłał mnie na konsultację do seksuologa. Pojechaliśmy na wizytę razem z mężem. Docent Dulko wyjaśnił mnie i mojemu mężowi, że homoseksualizmu nie można wyleczyć, że to jest tak jak z kolorem włosów lub oczu. Po prostu jedni mają niebieskie oczy inni czarne; jedni są heteroseksualni, inni homoseksualni i tak już jest. Nie uwierzyłam. W dalszym ciągu silnie brzmiało we mnie postanowienie bycia NORMALNĄ kobietą. Po psychoterapii indywidualnej i grupowej, która pomogła mi wrócić do równowagi, poprawiła moje stosunki z innymi, z mężem, znów podjęłam kolejną próbę życia w związku. Teraz już bardziej ze względu na córki. Przez cały czas starałam się ukrywać przed nimi swoją homoseksualność, żeby niczym nie skazić ich rozwoju, żeby nikt i nigdy nie mógł mi zarzucić, że zaraziłam swoje dzieci zboczeniem. Przeprowadziliśmy się. Zerwałam wszelkie kontakty z moją kochanką. Przeżyłam to rozstanie bardzo mocno, długo cierpiałam nie umiejąc znaleźć sobie miejsca. Znów pisałam wiersze, zaczęłam malować, grałam w amatorskim teatrze. Mąż obiecał mi, że będzie więcej uwagi poświęcał dzieciom, że pomoże mi w ich wychowaniu. Wspólnie podjęliśmy decyzję o dalszym współżyciu, dla dobra dzieci chciałam znów być dobrą matką, dobrą żoną, dobrą kobietą. A przecież coraz częściej popadałam w przygnębienie. Przygnębienie. Dolegliwości fizyczne: wysokie ciśnienie, zaburzenia trawienia, wiecznie bolący brzuch, ciągle boląca głowa, nieomal, co miesiąc, jak we wczesnym dzieciństwie, angina. Wysokie ciśnienie nie poddające się leczeniu. Psychoterapia na wyraźne żądanie internistki opuszczającej bezradnie ręce na widok kolejnego pomiaru ciśnienia. I ten cholerny, bolący brzuch... Codziennie noszę w sobie nieuchronność śmierci. Jej zapowiedź zrodziła się we mnie po raz pierwszy, gdy zwiedziona napisem na butelce denaturatu z trudem wypiłam dwa łyki, po czym połknęłam kulkę rtęci ze stłuczonego termometru lekarskiego, a wszystko ze strachu przed spotkaniem z wielką radą dorosłych mających sądzić karygodny czyn zapalenia papierosa w wieku trzynastu lat. Po wielu latach znów postanowiłam nie żyć. Pod strumieniem gorącej wody, dosyć tępym nożykiem usiłowałam przeciąć sobie żyły na lewym nadgarstku. Przecinanie własnego ciała jest bardzo bolesne.
3.
Jestem kobietą. Przez prawie całe życie starałam się unikać kontaktów z kobietami. Jeśli tylko jakaś podobała mi się bardziej, niż to dopuszczała przyjęta przeze mnie "norma" sztywniałam, nie dopuszczając do zaangażowania uczuciowego. Wokół mnie coraz bardziej narastał mur oddzielający mnie i moje uczucia od innych a zwłaszcza od kobiet. Jak na złość otaczały mnie w koło życzliwe, wspaniałe i piękne kobiety. Podkochiwałam się w kobietach z otoczenia. I tak strasznie to ukrywałam, żeby nikt nawet nie domyślił się stanu moich uczuć. Po trzydziestu latach małżeństwa definitywnie odeszłam od męża.
Jestem lesbijką. Ciało kobiety ma dla mnie szczególny wymiar. Jest nie tylko moim ciałem, lecz także ciałem mojej ukochanej. Dzieli nas różnica wieku. Moja młodsza partnerka może czerpać z mojego bogatego doświadczenia. Ja spełniam się w tym związku we wszystkich aspektach człowieczeństwa. Przez długie lata budowałam wokół siebie mur, nie dopuszczając do siebie myśli, że jestem normalna. Udało mi się go zburzyć. Dopiero dzisiaj potrafię w pełni czuć swoje ciało. W harmonii z umysłem, sercem i duszą. Jestem szczęśliwa. Kobieta. Matka. Lesbijka. Człowiek. Jestem z tego dumna.
Baszka von Hanff, Warszawa 2003. |