Kobiety o sobie i swoim życiu


Poród i macierzyństwo

Myślę, że to jest jak noc zbyt upalna by kochać się albo nawet pieścić. Wtedy to ludzie otwierają okna na roścież i kładą się na przeciwległych krańcach łóżka, zupełnie odkryci zasypiają. W mroku ich nagie ciała przywodzą na myśl lale mojej córki, asek-sualne kukły, bezwładne i nijakie pacynki, które nie wzbudzają pożądania. Ich kontury zlewają się z własnym cieniem tworząc bezbrzeżną spójnię, nieokreśloną żadną linią plamę. Jest cicho i płasko niczym na obrazie. Zastygłe ślady barw z dołu palety, miękkie kształty, nieregularne, wypukłości tworzą swoisty bezgraniczny pejzaż, niewyraźny jak zdjęcie płodu z usg. Do uszu dochodzi jedynie szmer jakby rozmyty w bańce wody, lekki, niemalże niesłyszalny pogłos, który i tak zdaje się być nadmiarem.

Pamiętam jak Iga w takich momentach wkładała kciuka do ust, niechętna wszelkim badaniom, nisko zawieszona w moim ciele kuleczka. A potem pewnej nocy niespodziewanie obudziła mnie od środka i leżałam tak z uniesionymi powiekami jakby ślepa, bo skupiona na własnym ciele. Widziałam jedynie cienie, delikatne rysy naszej sypialni i Michała tuż tuż, twarz, usta i. Pewnie, jemu zawsze jest ciepło – pomyślałam, bo spał zupełnie odkryty. Ale nie przykryłam go, byłam zbyt zajęta sobą-nami, by myśleć o kimkolwiek innym i nie zmieniło się to przez cały, długi czas, dopóki jej nie ujrzałam. Jakby świat istniał obok, w jakimś innym wymiarze, równoległej czasoprzestrzeni, bliski i jednocześnie odległy mi-nam, nawet Michał. Porody zawsze będą oddalać kobiety od mężczyzn. Nie zmieni tego żadna ideologia, żaden wspólny poród w wodzie, czy rodzinny. Przecież nie w sposób doświadczyć tajemnicy tkwiąc na zewnątrz. Obecność mężczyzn przy, jest dobrodziejstwem epoki dla nich, nie dla kobiet, ponieważ nic tak nie zwiąże, nie scali ojca z dzieckiem jak widok jego pierwszych skulonych chwil. Do matek należy wszystko co dzieje się z maleństwem wcześniej.

Pamiętam, że czułam ją jako idealną, kolistą formę pewnie przesuwającą się we mnie. Był to ruch niezatrzymywalny, mimowolny, wyzbyty z motywu, pozbawiony intencji i myśli, w swej istocie krystalicznie czysty. Instynkt. Oddałam mu się cała, uległam jak mężczyźnie rozwierając uda niczym wrota na świat. Brzydko rozmamłana i słona, po raz pierwszy czułam jak moje ciało otwiera się, powoli choć ostatecznie. Było w tym coś fascynującego i jedno-cześnie przerażającego. Wilgoć, upał i sól, jak pocałunek biologii nocą na plaży w perwersyj-nie czystej, wręcz nagiej formie. Szczyt wyrafinowania i fizjologicznego wyuzdania. Przed oczyma jawiły mi się krwistoczerwone kanapy, duże, miękkie, wyrwane z kontekstu wewnętrzne ujęcia. Przypominały wycięte kadry innego filmu, które ktoś nieopatrznie wkleił. Albo poszarpane surrealistyczne impresje, narkotyczne wizje z pogranicza światów.

W końcu kazano mi zamknąć oczy, zacisnąć zęby, pięści i z całej siły rodzić. A kiedy je otworzyłam, już była. Maleńka izomorficzna istota.

Zaskoczyła mnie jej dzikość, owa łatwo dostrzegalna zwierzęcość. Dźwięki, które wydawała i jej powolne, nieporadne ruchy w niczym nie przypominały ludzkich. Rozpaczliwie szamotała się, skulona, zwinięta w sobie istotka, kłębuszek życia. Tak pragnęłam i jednocześnie bałam się jej dotknąć. Położona na moich piersiach wierciła się, niespokojnie kręciła główką. Patrzyłam na nią, czułam jej ślimaczy, pokryty śluzem ruch i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wszystkie jej części ciała, drobniutkie paluszki, długie i szczupłe, krągłe stópki, nóżki i głowa, są jakby osobne, śmiesznie autonomiczne. W jej śliskim ruchu nie było żadnego sensu, najmniejszego. Uderzył mnie jej zamknięty wzrok, lekko opuchnięte powieki i aksamit ciała, jak futrzany ślad ewolucji. Powiedziałam:

- Popatrz, jakby za chwilę miała się rozsypać, rozwalić na części pierwsze.

I mówiłam tak przez te wszystkie szpitalne dni. Przychodził Michał, rozwiązywał kolorowy rożek jak szeleszczący papier, w który zapakowany jest prezent, a wtedy ja mówiłam to swo-je: no popatrz. Była dla mnie żywą alegorią bezradności. Pamiętam jak przytulałam ją mocno do piersi, aby jakoś utrzymać tę niemalże zdezintegrowaną jedność, aż jej ciało wydobywszy się ostatecznie z kokonu narodzin definitywnie posklejało się, ruchy nabrały sensu i precyzji. Wszystko zaczynało powoli pasować do siebie. Dopiero wtedy natrafiłam na tezę, że człowiek w porównaniu z innymi ssakami przychodzi na świat zbyt wcześnie, jakby niedokończony. Jego struktura psychosomatyczna już na pierwszy rzut oka wydaje się niedojrzała, kruchutka oraz łatwo naruszalna. Właśnie w tej słabości ma swoje źródło, towarzyszące nam od pierwszych do ostatnich chwil życia, niczym nie zdjęta klątwa Boga, pragnienie bycia kochanym.

Anna