Moja metafizyka porodu
Położne mówią, że kobieta odlatuje na planetę poród. To bardzo trafne określenie. Ja już na dobę przed rozwiązaniem nie byłam z tego świata. Żyłam gdzieś "w przestrzeni kosmicznej". Czułam się tak, jakbym obserwowała świat zza szklanej szyby. Szłam do sklepu po chleb, ale wracałam bez chleba, za to z kilogramem czereśni i musztardą. Kto wie dlaczego? Sam poród to dla mnie wydarzenie specjalne, niepodobne do innych, cielesno - metafizyczne. Na filmach zdecydowanie przereklamowane. W rzeczywistości nie jest aż tak dramatyczne. Zresztą może nie powinnam w tej sprawie zabierać głosu, bo ja przecież porody przeżywałam, a nie oglądałam. I o tym właśnie chciałam pisać - o przeżywaniu porodu, o tej jego najbardziej niezwykłej, maksymalnie osobistej warstwie. Jestem pełna obaw, czy da się to opowiedzieć, zwłaszcza komuś, kto go nie przeżył. Trudno jest znaleźć odnośniki, porównać z innymi doświadczeniami. To tak, jakby o zbliżeniu cielesnym opowiadać komuś, kto nie przeżył z nikim seksu. Albo odlecisz w poezję albo zbrukasz to prozą, tak czy owak rozminiesz się z prawdą. Tylko czy o prawdę to chodzi i o czyją prawdę?
W czym tkwi moja metafizyka porodu? Jak rozmawiam teraz z Tobą to cały czas mam świadomość swojego ja, moje zmysły są wewnątrz mnie, a świat jest na zewnątrz. Ty jesteś na zewnątrz, patrzę na Ciebie, słyszę Cię, czuję zapach. W trakcie rodzenia granica ta zaczyna się rozmywać, w końcu przestaje istnieć. Ty przestajesz istnieć jako ktoś, kto obserwuje świat. Świat jest teraz tobą. Takie nie-istnienie może czasem trwać godzinę, dwie
Właściwie to trudno powiedzieć ile trwa, dla ciebie nawet ten czas nie istnieje. Ból? No właśnie, tu zaczyna się różnica pomiędzy nieważkością orgazmu a nieważkością porodu. Rodzenie w sposób szczególny i niemalże namacalny wiąże się z umieraniem. Czy dlatego, że czujesz ból? Nie wiem. Właściwie to nie czujesz tego bólu, ty po prostu jesteś nim. Niesie cię jak potężna fala. Nie możesz jej powstrzymać czy zawrócić. Oczywiście możesz jej się opierać (zwykle bezskutecznie) - i to dopiero powoduje ból. Najprościej jest tej fali zaufać, stać się tą falą. Wtedy coś takiego jak strach przestaje istnieć, a i ból jest inny, łatwiejszy do zniesienia, odczuwasz go bardziej jak rozpieranie niż cierpienie. Oczywiście, że rodzenie to nie umieranie. W czasie porodu nie umierasz tylko płyniesz na fali życia - śmierci - życia. Zresztą to w naszej kulturze śmierć niesie strach, boimy się Kostuchy i kości. Dawniej wierzono, że Kostucha przebija pęcherz płodowy, by dziecko mogło wydostać się na świat. Właśnie tak. Myślę, że również zasypianie jest odrobinę jak umieranie. Śpiący oddaje swoje ja, przestaje świadomie istnieć, odpływa w ramiona Morfeusza, syna Tanatosa - boga śmierci. Wracając do porodu. Chwilę to trwa nim odzyskasz swoje ja, ale odzyskasz je i poczujesz wszystkimi zmysłami to drugie ja - to, które przez twoje ciało przyszło na świat. Krew z twojej krwi. Maleństwo, które z całą pewnością nie ma jeszcze poczucia własnej odrębności. Jest słodkim mlekiem i rozpaczą nagłego uczucia głodu, biciem maminego serca, niskim głosem taty, lulaniem, chłodem i znów ciepłem podczas przewijania. Ono jest tobą a ty jesteś jego całym światem. Niezwykłe, prawda?
Do niedawna sądziłam, że poród jest potrzebny głównie kobiecie, żeby miała naturalną siłę opiekować się swoim maleństwem. Siłę bliską naturze, ale i metafizyce. Rodzenie to zupełnie zwykłe (tyle kobiet, tyle wieków temu, rodziło tyle dzieci) i jednocześnie zupełnie niezwykłe doświadczenie. Teraz uważam, że przejście przez ciało matki jest również dobrodziejstwem dla dziecka. Poród to akt ich niezwykłej współpracy, po którym oboje mają swoje, bardzo potrzebne, blizny. Dziecko przeciskając się przez mamine zwężenia jest o wiele lepiej przygotowywane na zetknięcie się z zupełnie inną materią świata zewnętrznego. W tym sensie poród ma znaczenie inicjacyjne. Takie jest moje zdanie. Co mi dały moje dwa porody? Mój brzuch (śmiech). Nie, nie w tym sensie, że opuścił je dziewięciomiesięczny, wszędobylski lokator. Od czasu, kiedy urodziłam drugie dziecko oddycham brzuchem, jem brzuchem i czuję brzuchem. Nie śmiej się, tak to jest. I nie wiem, dlaczego stało się tak po drugim, a nie po pierwszym porodzie. Natomiast pierwszy poród zdecydowanie wspominam jako bardziej metafizyczny. Miał inną dynamikę, przede wszystkim wolniejsze tempo, które pozwalało na dłuższe bycie w kontakcie z całym wszechświatem.
Co bym radziła rodzącej kobiecie? Żeby odnalazła w sobie zaufanie i miłość do swojego ciała, żeby uwierzyła, że to, co się wydarza dzieje się w odpowiednim dla niej rytmie i czasie. Żeby rodziła po swojemu, i - jeśli tego chce - miała obok kogoś bardzo bliskiego, kto zamiast niej będzie kontaktował się ze światem. Dla niej niech całym światem będzie jej rodzenie.
Monika Walczak |